niedziela, 7 kwietnia 2013

NA  KATYŃSKIEJ  DRODZE

Część 2
„ WSIO RAWNO DAWAJ OTIEC”
  Około połowy października znalazł się Pan wraz z Ojcem w Kozielsku...
  Umieścili nas w dawnym obszarze klasz­tornym. Były tam dwie duże cerkwie, które na­zywaliśmy: Grób Agamemnona i Grobowiec In­dyjski oraz eremy, czyli pustelnie umieszczone w murach, czy pod samymi murami. Coś w ro­dzaju cel. W tych celach, gdzie za czasów car­skich przebywali pojedynczo zakonnicy, myśmy siedzieli po dziesięciu. Była podwójna prycza, na każdej było nas pięciu. Gdy nas przywiezio­no było już dość zimno. Pamiętam, że na po­czątku nie było jeszcze latryny. Wobec tego pośrodku placyku niedaleko eremów wykopano dół i ułożono dwie deski. Spotkałem tam jedne­go z oficerów naszego pułku, znanego jeźdźca majora Edmunda Chojeckiego; zginął w Katy­niu. W tej latrynie trzeba było siadać na kuc­kach tyłem do siebie w rządku. Zdarzyło się kiedyś nieszczęście. Ludzie już od początku po­bytu tu chorowali na biegunkę. Jeden z żołnie­rzy czy oficerów nie zdążył dobrze przysiąść i zanieczyścił siedzącego z tyłu. Nie wiedział, biedny jak się usprawiedliwić, powiedział tylko błagalnie: „Przecież powiedziałem Panu prze­praszam”.
  Jak wyglądała organizacja obozu?
  Obóz miał główną drogę przez środek, wzdłuż cerkwi. Zresztą trzeba tu od razu dodać, że po sąsiedzku, w odległości 500-1000 metrów był drugi obóz tzw. skit. To był też Kozielsk, siedzieli tam tak samo starsi oficerowie. Był to jak gdyby oddział obozu klasztornego. Nasi ko­ledzy i znajomi mieszkali przeważnie w cerk­wiach. Tylko nieliczni tak jak my w eremach. W cerkwiach były trzypiętrowe prycze. Jeśli do­dam, że były one bardzo przetłoczone, a ich mieszkańcy na początku poważnie chorowali na żołądek i pęcherz to proszę sobie wyobrazić jak wyglądała noc i sen więźniów. Cerkwie były wymalowane na biało wapnem. Pobyt tylu ludzi i ich parujące oddechy spowodowały odpadanie wierzchniej, białej warstwy ściany i oczom więźniów ukazywały się malowidła cerkiewne przedstawiające głównie fragmenty postaci róż­nych świętych. Mieszkanie w cerkwiach było bardzo niewygodne l niezdrowe. Szczególnie ze względu na brak ogrzewania, a przecież od po­czątku pobytu naszych oficerów było zimno, z dnia na dzień coraz bardziej. Zima 1939-1940 była bardzo surowa. W eremach było nieco le­piej. Miałem więc trochę szczęścia.
  Jak wyglądał stosunek do was opie­kunów spod znaku NKWD?
  Przede wszystkim trzeba zdać sobie spra­wę, że był to obóz śledczy. Kompletowano wszystkie dane o zgromadzonych tam więź­niach. Chociaż formalnie nazywano nas wó­wczas „wojennoplennyje”, czyli jeńcy. Dzisiaj temu zaprzeczają. Byliśmy internowani — tak twierdzą. Później, już w Griazowcu miałem taki tytuł urzędowy — bywszyj podchorunżyj, bywszoj polskoj armii, na położenni wojennoplen-nogo.
Wzywano nas często do tzw. doprosy. Trzeba przyznać, że enkawudyści pracowali bardzo ciężko, bo praktycznie 24 godziny na dobę. Wezwania można się było spodziewać o każdej porze dnia i nocy. Na doprosy wzywał nas za­wsze wachtior (żołnierz służbowy), którego na­zywaliśmy Leonem. Była dość humorystyczna wpadka z nim związana. Otóż grywaliśmy w karty, co było oczywiście zabronione, gdy on szedł padało hasło: „Leon idzie” i chowaliśmy karty. Oczywiście on się domyślił, że grywamy i kiedyś zrobił nam psikusa i nadszedł niespo­dziewanie. Grając w najlepsze usłyszeliśmy: „Nu, Leon idzie, a wy szto”. Na szczęście był on przyzwoitym człowiekiem i nie było konsek­wencji. Był tam też enkawudysta, w stopniu ka­pitana, z bardzo polskim nazwiskiem. On też traktował nas przyzwoicie. Był jak gdyby kwa­termistrzem. Pamiętam, że kiedyś kazał mnie i Ojcu uporządkować magazyn żywnościowy. Ukradliśmy wtedy trochę jabłek, słoik kawioru i słoik masła. Przydźwigaliśmy całą tę zdobycz do naszego eremu. Jak się łatwo domyśleć ciężko potem ten „grzech” odchorowaliśmy.
Szeregowi żołnierze NKWD byli absolutnie głupi. Ciemnota niesamowita. Starali się odno­sić do nas miło, ale nie zdawali sobie sprawy, że Polacy to taki naród, którego nawet w naj­cięższych sytuacjach humor nie opuszcza. Po prostu urządzaliśmy tam „ciemnogrodzianom” od czasu do czasu pewne dowcipy. Pamiętam jeden z nich. Młody porucznik, lekarz założył się z kolegami, że przyniesie im furtkę z bramy głównej, do której nie można było się zbliżać. Zaproponował mi udział w tej eskapadzie. Le­karz ten był Żydem. Bardzo wesoły, sympatycz­ny, zawodowy oficer. Spytałem się jak zamierza to zrobić. Powiedział: „Zostaw to mnie, ja będę z nim rozmawiał” (chodziło o wartownika).
Poszedłem z nim. Powiedział żołnierzowi, że naczelnik kazał, aby on zreperował furtkę wo­bec czego musi ją wziąć ze sobą. Wartownik po­mógł nam furtkę załadować na plecy i przynieś­liśmy ją w miejsce gdzie porucznik obiecał furt­kę dostarczyć. Odrapaliśmy trochę szkłem i od­nieśliśmy z powrotem. Zakład był wygrany.
Ale przejdźmy do doprosów. Ja byłem przy­dzielony do oficera śledczego, jegomościa mniej więcej 150 cm wzrostu. Nazywał się Sierotkin (mniej więcej tak, jak wyglądał). Był Żydem. Podczas przesłuchań na stole przed nim leżał „mauser”, ja musiałem siedzieć w pewnej od­ległości. Przesłuchania odbywały się mniej wię­cej tak: zawsze pytano o dane personalne — te podstawowe. Potem padało pytanie, na które nie wszyscy nasi oficerowie potrafili odpowie­dzieć, gdyż nie rozumieli go. Brzmiało: Sosłowije? Chodziło o to jakiego stanu jest przesłuchi­wany: szlachcic, mieszczanin, czy chłop. Mówi­łem im, że u nas taki podział tytułowania nie istniał. Obojętnie kto skąd pochodził mówiło się doń per Panie ten a ten. Mnie Sierotkin spy­tał: „A ile mieliście ziemi?” Odpowiedziałem: „Miałem ziemię, w groszkach na podokolnikom” (w doniczkach na parapecie). Byłem mło­dy, niedoświadczony i nie zdawałem sobie spra­wy z powagi sytuacji. Na szczęście obeszło się tylko na dość mocnym opeer za niestosowne ża­rty.
Ale zauważyłem wtedy na biurku Sierotkina coś co dało mi później do myślenia. Leżał tam dokument z „gapą” hitlerowską i napisem Polizei Prasidium Kattowitz. Po wyjściu z doprosu zacząłem szukać Ślązaka, który „podlegał” Sierotkinowi. Znalazł się jeden. Okazało się, że był prezesem Związku Oficerów Rezerwy w Katowi­cach. Wtedy zdałem sobie sprawę z szatańskości powstałego układu między dwoma naszymi są­siadami i istniejącej współpracy między służba­mi specjalnymi tych państw.
Inny przykład udawadniający jak skrupulat­nie zbierano o nas wiadomości. Jak Pan wie od początku rosłem wraz z Gdynią. Jest to moje ukochane miasto. Może to moja druga, po koni­kach, miłość. Mój ojciec miał wielu przyjaciół wśród ludzi morza z czego i ja czerpałem ko­rzyści. Otóż w początkach lat trzydziestych goś­cił w Gdyni zespół okrętów wojennych ZSRR. Na czele zespołu był krążownik „Marat” pamię­tający jeszcze carskie czasy. Ten, okręt można było zwiedzać. Ojciec był zaproszony na okręt, a ja poszedłem z nim. Sierotkin pokazał mi podczas jednego z przesłuchań zdjęcie upamięt­niające moje odwiedziny na tym statku! Sko­mentował krótko: Ty szpion — „Jaki ja szpion przecież miałem wtedy 12 lat”. Dowiedziałem się wtedy, że nawet dwunastolatki u nas szpie­gowali. Nie przekonało go chyba nawet moje wyjaśnienie, że Rosjanie sami zapraszali do zwiedzania okrętu. Podejrzana była również moja znajomość rosyjskiego. Trudno mu było zrozumieć, że dziewiętnastolatek może dobrze mówić obcym językiem. Oczywiście nie powie­działem mu, że zawdzięczam to rodzicom, którzy chcąc abym nie rozumiał pewnych rzeczy mówili ze sobą po rosyjsku. Zwaliłem wszystko na możliwości nauki tego języka w szkole. Tak wiele niewiadomych podejrzeń i moja niekiedy złośliwość rozsierdziło w pewnym momencie Sierotkina i przyłożył mi w twarz lufą swego „mausera”. Wybił mi tym uderzeniem ząb w dolnej szczęce. Przy następnym „doprosie”.prze­prosił mnie za ten incydent.
  W obozie znajdowali się także przed­stawiciele polskiej arystokracji.
  Tak mieliśmy trzech książąt: Lubomirskie­go, Mirskiego i Radziwiłła. Zostali oni zwolnie­ni z obozu. W ich sprawie interweniowały trzy domy panujące Europy. — Anglicy wyciągnęli Radziwiłła, Rumuni Mirskiego, a Włosi Lubo­mirskiego. Wiem to z całą pewnością, gdyż w Londynie spotkałem Radziwiłła i dowiedziałem się o tym. Wtedy w Kozielsku widziałem jak wyjeżdżali, a kombrig Bogomołow zapraszał ich
, grzecznie do osobowego auta.
  Jak wyglądało samopoczucie kozielszczan i wasza codzienność?
  Było duże przygnębienie. Wyżsi oficerowie siedzieli razem z nami, to znaczy przydzielono im oddzielne pomieszczenia, ale podczas dnia przebywaliśmy razem. Jakiegoś specjalnego od­separowania nie było. Nawet do łaźni chodzili razem z nami. Tam spotykałem m.in. generała Bohatyrewicza. Było razem z nami kilku ofice­rów z naszego pułku: emerytowany major Wil­helm Swiatołdycz-Kisiel, kapitan płatnik Hon-sadko, mój Ojciec i ja.
Z wyższych oficerów siedzieli z nami genera­łowie: Bohatyrewicz, Minkiewicz, Smorawiński, Wołkowicki oraz kontradmirał Czernicki. Było około 100 pułkowników i kilkuset majorów.
Jak wspomniałem panowało ciężkie przygnę­bienie. Była roznoszona niesamowita ilość plo­tek, pogłosek co do dalszych naszych losów oraz tego co się dzieje na świecie. Była to tzw. agencja informacyjna „jop” (jeden oficer powie­dział). Najwięcej tych wieści rozchodziło się podczas oczekiwania w kolejce na kipiatok. Mieliśmy do dyspozycji dwa krany wystające z dwóch cerkwi z których ledwo kapała gorąca woda. Mogliśmy nią zalewać otrzymaną- „owo­cową” herbatę. Długo trwało nim nabrało się odpowiednią ilość wody i dzięki temu mogliś­my wiele usłyszeć.
  W obozie była też jedna kobieta. Cór­ka generała Dowbor-Muśnickiego...
  Tak. Por. pilot Lewandowska. Tutaj muszę powiedzieć, że piloci nam imponowali. Trzyma­li się zawsze razem, tworząc zwartą grupę. Za­wsze lśnili czystością. Zresztą trzeba powie­dzieć, że podobnie w grupie trzymali się kawalerzyści. Z piechotą już tak nie było, tam oficer­ski korpus nie znał się tak dobrze jak w tych dwóch rodzajach broni. Trzeba dodać, że w obozie była również grupka marynarzy z flotylli pińskiej. Pamiętam tych lotników i panią Le­wandowską. Wszystkim nam swoim zachowa­niem i solidarnością imponowali. Widzieliśmy, jak w momencie gdy Pani porucznik udawała się w ustronne miejsce jej koledzy tworzyli doo­koła niej szczelny krąg.
  Postawa żołnierza polskiego w nie­woli — jak ją może Pan określić?
  Jak w każdym społeczeństwie tak i tutaj, w końcu było nas tysiące, trafiały się rożne jed­nostki, charaktery i zachowania. Ale w całym przekroju można powiedzieć, że była to postawa pełna godności. Postawa żołnierza-patrioty wiernego obrońcy swojej ojczyzny Gordvfe poiaczyszki.
Trafiła się kilkuosobowa grupka, która napi­sała list do ambasady niemieckiej, kończąc go hitlerowskim pozdrowieniem: Heli Hitler i „oz­dabiając” podpisami. Prosili Niemców o wy­ciągnięcie ich z obozu. O ile się orientuję byli to Polacy niemieckiego pochodzenia, właścicie­le majątków ziemskich. O tym liście powiedzie­li nam Sowieci. Mieli w tym oczywiście swój cel, komentowali: Takowy waszi oficera. Grup­ka ta znalazła się w izolacji. Ale próba rozbicia jedności panującej wśród jeńców nie udała się.
— Czy pamięta Pan jakieś wydarzenie związane z obchodami świąt patriotycz­nych itp.
  Było to oczywiście zakazane. Odbywały się one w ścisłej kilkuosobowej konspiracji. Wiem, że w cerkwiach, jak opowiadano, miały te obchody nieco szerszy charakter. Ja mieszka­łem poza cerkwią i nam było trudniej coś takie­go organizować. To samo dotyczyło życia reli­gijnego. Pamiętam tylko jedną taką konspira­cyjną „zbiórkę” z okazji 11 listopada.
  Jak wyglądała korespondencja z ro­dzinami?
  Można było wysłać jeden list - kartkę w miesiącu. Każdy z tej możliwości korzystał. Ja pisałem do Matki do Warszawy. Wysłałem m.in. swój portrecik zrobiony ołówkiem przez znajo­mego gdynianina por. rez. inż. arch. S. Garlińskiego. Karta z tym portrecikiem doszła do mat­ki. Ale ani ja, ani Ojciec nie otrzymaliśmy wia­domości od Matki.
  28 lutego 1940 roku to dzień Pana dziewiętnastych urodzin... Pozostanie on na zawsze w Pana pamięci...
  Tak. Mam po nich trwałą pamiątkę. Oj­ciec mój wręczył mi wtedy prezent. Płaskorzeź­bę Matki Boskiej Ostrobramskiej wykonaną na kawałku deski obciętej z pryczy. Na tylnej ścia­nie napisał: Kozielsk 28 II 1940. Wykonał tę pła­skorzeźbę własnoręcznie.
   Co Ojciec panu wtedy powiedział?
  Odbyło się to bez słów. Po prostu serdecz­nie się uściskaliśmy. Wtedy po raz pierwszy zo­baczyłem łzy w oczach Ojca. Później zrozumia­łem jak wielką symbolikę miało to wydarzenie. I ocalałem. Wraz ze mną, mimo licznych rewizji, ocalała płaskorzeźba. Dzisiaj jest dla mnie wiel­ką relikwią.
  Powszechnie wiadomo, że niedługo przed likwidacją obozu Sowieci przepro­wadzili swego rodzaju ankietę. Były tam pytania typu: «Co byś zrobił gdybyś został zwolniony»...
  Była jakaś ankieta, ale grupa, w której ja się znajdowałem, całkowicie ją zignorowała.
  Od 3 kwietnia 1940 roku rozpoczyna się rozładowywanie obozu. Co mówiono o odchodzących transportach?.
  Domysły były najrozmaitsze. Mówiono, że wywożą aby oddać Niemcom, albo wywożą na tereny dawnej Polski. Jakiejś wizji tragedii nie było. Mówiono czasem o trzeciej możliwości — wywóz na wschód. Rzecz ciekawa miało miejsce tuż przed wywozem mojej ostatniej grup. Ka­zano spalić stosy polanych już naftą papierów, na które składały się listy i kartki od rod/In w Polsce do jeńców obozu w Kozielsku. A więc korespondencja z Polski przychodziła tylko nie była doręczana.
  Pana Ojciec wyjeżdża z przedostat­nim transportem 11 maja 1940 roku. Nie chciał Pan, aby was rozdzielano...
  Na apelu 11 maja wyczytano osoby prze­widziane do transportu. Wyczytano wtedy: Go­rzechowski Gienryk Gienrykowicz. Spytałem wtedy: „Ojciec czy syn?” Przez chwilę panowała cisza, potem usłyszałem: Wsio rawno. Dawaj otiec.  Moje prośby abym mógł jechać z ojcem nie zdały się na nic. Ojciec zdążył powiedzieć: „W razie czego opiekuj się matką”. Tak jak gdyby miał przeczucie. Ja wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że słowa enkawudysty Wsio raw­no. Dawaj otiec oznaczały dla mnie życie, a dla Ojca okrutną śmierć.
  Czy mógłby pan przybliżyć nam syl­wetkę swego Ojca ś.p. por. Henryka Go-rzechowskiego, jednego z wielu tysięcy polskich oficerów, którzy swą postawę w obronie Ojczyzny przypłacili życiem. Ta śmierć zadana w okrutny sposób do dziś jest krwawiącą raną na ciele naszego spo­łeczeństwa.
  Bardzo chętnie przedstawię drogę życiową mego Ojca, zwłaszcza że jest to bardzo ciekawy życiorys.
Urodził się w 1892 roku w Warszawie. Tu ukończył gimnazjum realne, następnie szkołę rolniczą w Puławach. Zamierzał zając się ho­dowlą koni. Niestety armia carska nakazywała służbę w swych szeregach. Ojciec nie palił się do tego i po prostu uciekł. Dość daleko, bo aż na Kaukaz, zresztą śladem wielu swoich po­przedników. Zgłosił się tam do służby w Kaukaskiej Konnej Dywizji Tubylczej. Ta dywizja cie­szyła się specjalnymi względami w armii car­skiej. Żołnierzom dywizji wolno było nosić mundur i broń na co dzień, nie byli skoszaro­wani. Dostawali tylko pagony z zaznaczoną sza­rżą. Mieli własne konie i rzędy końskie. Orga­nizacja dywizji była też odmienna od zwykłego carskiego wojska. Ojca oczywiście władze woj­skowe straszyły odpowiednią karą za uchylanie się od nakazywanej przez władze służby woj­skowej, ale wybronił się jakoś twierdząc, że ja­ko szlachcic {dworiani) ma prawo wyboru bro­ni i że wybrał właśnie tę dywizję. Najpierw był esaułem, a potem proporszczikiem. Mieszkał wraz z Inguszami w aule i bardzo się z nimi zżył. Zresztą był podobnego jak oni wyglądu. Szybko też nauczył się języka.
Przed 1917 rokiem brał udział w walkach z Austriakami. Był odznaczony orderami św. Je­rzego i św. Anny „za odwagę osobistą”. Po re­wolucji dywizja została rozbita przez bolszewików. Ojciec próbował się przedostać na tereny polskie. Niestety został schwytany i znalazł się na słynnej Łubiance.
Tam zaszło wydarzenie, które miało zaważyć na jego przyszłości. Otóż jako więzień miał za zadanie piłowanie dzwonów kościelnych zarek­wirowanych przez bolszewików z cerkwi i koś­ciołów na cele wojenne. W pewnym momencie zranił się czy uderzył, dość, ze zaklął siarczyście po polsku. Usłyszał to przechodzący właśnie czekista ze szpiczastą bródką. Zatrzymał się i zapytał: „Ty Polak „Polak” — pada odpo­wiedź. „Nazwisko”. „Gorzechowski”. To wzbu­dziło ciekawość czekisty. „A masz ty brata” spy­tał. „Mam dwóch braci” — odpowiedział Ojciec. „A brata Jana masz”. „Mam”. Czy nosił pseudo­nim „Jur”. „Tak”.
Okazało się, że był to Dzierżyński, który we fragmencie swego życiorysu zetknął się z moim stryjem Janem Jur-Gorzechowskim, legendar­nym dowódcą akcji wyprowadzenia dziesięciu więźniów z więzienia na Pawiaku. Potem Jur wybrał orientację niepodległościową w PPS, a jaką wybrał Dzierżyński wiemy.
Na Łubiance zbiegły się też drogi życiowe mego Ojca i mojej matki. Matka-Kaukaska z pochodzenia (matka była Inguszką a ojciec Po­lakiem) — w owym czasie była artystką śpie­waczką w jednym z teatrów moskiewskich. Matka miała cudowny głos. Mimo swego kalec­twa (była sparaliżowana po chorobie Heine Me­dina i miała bezwładną rękę) występowała na­wet jako Madame Buterfly. Była ceniona jako śpiewaczka przez Nadieżdę Krupską. Działała charytatywnie w Komitecie Pomocy Więźniom i dzięki takiemu zaangażowaniu poznała Ojca. Wzięli ślub jeszcze gdy Ojciec był więźniem. Gdy został zwolniony zamieszkali na Arbacie.
Jeszcze parę słów o matce. Była cudowną ko­bietą. Głęboko zaangażowana we wszystko co łączyło się z Polską. W czasie II wojny była żoł­nierzem Armii Krajowej, po wojnie profesorem w Łódzkiej Akademii Muzycznej. Przed wojną założycielką Szkoły Muzycznej w Gdyni i profe­sorem śpiewu solowego w Konserwatorium Pol­skiej Macierzy Szkolnej w byłym Wolnym Mie­ście Gdańsku. Była bardzo ceniona w polskim środowisku muzycznym i miała w nim bardzo wielu przyjaciół wśród naszych utytułowanych artystów śpiewaków.
Gdy rodzice wyrazili chęć powrotu do Polski — wstawiennictwo dwojga wyżej wymienio­nych „patronów” sprawiło, że zostali wymienie­ni za Karola Radka i jego żonę. Obie pary mijając się na granicy w Małaszewiczach ukłoniły się sobie grzecznie.
Po powrocie Ojciec wstąpił do wojska pol­skiego i walczył w 1920 roku. Później został ofi­cerem zawodowym najpierw w 4 pułku strzel­ców konnych, a potem w 16 pułku ułanów no­szącym później imię gen. Gustawa Orlicz-Dreszera. W 1930 roku ze względu na stan zdrowia został zwolniony z wojska i przeszedł na emery­turę. Wtedy też przenieśliśmy się z Bydgoszczy do Gdyni. W tym czasie utrzymywaliśmy bli­skie kontakty z bratem Ojca Jurem i jego żoną Zofią Nałkowską.
Po wyjściu z wojska Ojciec pracował w firmie eksportującej węgiel Nie zaniedbywał jednak kontaktów z pułkiem, zresztą z wzajemnością.
Wrócił jako ochotnik do pułku w końcu lipca lub na początku sierpnia 1939 roku. Dalsze jego losy już opowiadałem. Dla mnie ostatnie pożegnanie z Ojcem w kozielskim obozie nie było rozstaniem na zawsze. Ciągle o niego pytałem i czekałem na jakąś wiadomość. Otrzymałem, niestety tragiczną, dopiero w maju 1943 roku i to z radia niemieckiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz