NA KATYŃSKIEJ DRODZE
Część 2
„ WSIO RAWNO DAWAJ OTIEC”
— Około połowy października znalazł się Pan wraz z Ojcem w Kozielsku...
— Umieścili nas w dawnym obszarze klasztornym. Były tam dwie duże cerkwie, które nazywaliśmy: Grób Agamemnona i Grobowiec Indyjski oraz eremy, czyli pustelnie umieszczone w murach, czy pod samymi murami. Coś w rodzaju cel. W tych celach, gdzie za czasów carskich przebywali pojedynczo zakonnicy, myśmy siedzieli po dziesięciu. Była podwójna prycza, na każdej było nas pięciu. Gdy nas przywieziono było już dość zimno. Pamiętam, że na początku nie było jeszcze latryny. Wobec tego pośrodku placyku niedaleko eremów wykopano dół i ułożono dwie deski. Spotkałem tam jednego z oficerów naszego pułku, znanego jeźdźca majora Edmunda Chojeckiego; zginął w Katyniu. W tej latrynie trzeba było siadać na kuckach tyłem do siebie w rządku. Zdarzyło się kiedyś nieszczęście. Ludzie już od początku pobytu tu chorowali na biegunkę. Jeden z żołnierzy czy oficerów nie zdążył dobrze przysiąść i zanieczyścił siedzącego z tyłu. Nie wiedział, biedny jak się usprawiedliwić, powiedział tylko błagalnie: „Przecież powiedziałem Panu przepraszam”.
— Jak wyglądała organizacja obozu?
— Obóz miał główną drogę przez środek, wzdłuż cerkwi. Zresztą trzeba tu od razu dodać, że po sąsiedzku, w odległości 500-1000 metrów był drugi obóz tzw. skit. To był też Kozielsk, siedzieli tam tak samo starsi oficerowie. Był to jak gdyby oddział obozu klasztornego. Nasi koledzy i znajomi mieszkali przeważnie w cerkwiach. Tylko nieliczni tak jak my w eremach. W cerkwiach były trzypiętrowe prycze. Jeśli dodam, że były one bardzo przetłoczone, a ich mieszkańcy na początku poważnie chorowali na żołądek i pęcherz to proszę sobie wyobrazić jak wyglądała noc i sen więźniów. Cerkwie były wymalowane na biało wapnem. Pobyt tylu ludzi i ich parujące oddechy spowodowały odpadanie wierzchniej, białej warstwy ściany i oczom więźniów ukazywały się malowidła cerkiewne przedstawiające głównie fragmenty postaci różnych świętych. Mieszkanie w cerkwiach było bardzo niewygodne l niezdrowe. Szczególnie ze względu na brak ogrzewania, a przecież od początku pobytu naszych oficerów było zimno, z dnia na dzień coraz bardziej. Zima 1939-1940 była bardzo surowa. W eremach było nieco lepiej. Miałem więc trochę szczęścia.
— Jak wyglądał stosunek do was opiekunów spod znaku NKWD?
— Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę, że był to obóz śledczy. Kompletowano wszystkie dane o zgromadzonych tam więźniach. Chociaż formalnie nazywano nas wówczas „wojennoplennyje”, czyli jeńcy. Dzisiaj temu zaprzeczają. Byliśmy internowani — tak twierdzą. Później, już w Griazowcu miałem taki tytuł urzędowy — bywszyj podchorunżyj, bywszoj polskoj armii, na położenni wojennoplen-nogo.
Wzywano nas często do tzw. doprosy. Trzeba przyznać, że enkawudyści pracowali bardzo ciężko, bo praktycznie 24 godziny na dobę. Wezwania można się było spodziewać o każdej porze dnia i nocy. Na doprosy wzywał nas zawsze wachtior (żołnierz służbowy), którego nazywaliśmy Leonem. Była dość humorystyczna wpadka z nim związana. Otóż grywaliśmy w karty, co było oczywiście zabronione, gdy on szedł padało hasło: „Leon idzie” i chowaliśmy karty. Oczywiście on się domyślił, że grywamy i kiedyś zrobił nam psikusa i nadszedł niespodziewanie. Grając w najlepsze usłyszeliśmy: „Nu, Leon idzie, a wy szto”. Na szczęście był on przyzwoitym człowiekiem i nie było konsekwencji. Był tam też enkawudysta, w stopniu kapitana, z bardzo polskim nazwiskiem. On też traktował nas przyzwoicie. Był jak gdyby kwatermistrzem. Pamiętam, że kiedyś kazał mnie i Ojcu uporządkować magazyn żywnościowy. Ukradliśmy wtedy trochę jabłek, słoik kawioru i słoik masła. Przydźwigaliśmy całą tę zdobycz do naszego eremu. Jak się łatwo domyśleć ciężko potem ten „grzech” odchorowaliśmy.
Szeregowi żołnierze NKWD byli absolutnie głupi. Ciemnota niesamowita. Starali się odnosić do nas miło, ale nie zdawali sobie sprawy, że Polacy to taki naród, którego nawet w najcięższych sytuacjach humor nie opuszcza. Po prostu urządzaliśmy tam „ciemnogrodzianom” od czasu do czasu pewne dowcipy. Pamiętam jeden z nich. Młody porucznik, lekarz założył się z kolegami, że przyniesie im furtkę z bramy głównej, do której nie można było się zbliżać. Zaproponował mi udział w tej eskapadzie. Lekarz ten był Żydem. Bardzo wesoły, sympatyczny, zawodowy oficer. Spytałem się jak zamierza to zrobić. Powiedział: „Zostaw to mnie, ja będę z nim rozmawiał” (chodziło o wartownika).
Poszedłem z nim. Powiedział żołnierzowi, że naczelnik kazał, aby on zreperował furtkę wobec czego musi ją wziąć ze sobą. Wartownik pomógł nam furtkę załadować na plecy i przynieśliśmy ją w miejsce gdzie porucznik obiecał furtkę dostarczyć. Odrapaliśmy trochę szkłem i odnieśliśmy z powrotem. Zakład był wygrany.
Ale przejdźmy do doprosów. Ja byłem przydzielony do oficera śledczego, jegomościa mniej więcej 150 cm wzrostu. Nazywał się Sierotkin (mniej więcej tak, jak wyglądał). Był Żydem. Podczas przesłuchań na stole przed nim leżał „mauser”, ja musiałem siedzieć w pewnej odległości. Przesłuchania odbywały się mniej więcej tak: zawsze pytano o dane personalne — te podstawowe. Potem padało pytanie, na które nie wszyscy nasi oficerowie potrafili odpowiedzieć, gdyż nie rozumieli go. Brzmiało: Sosłowije? Chodziło o to jakiego stanu jest przesłuchiwany: szlachcic, mieszczanin, czy chłop. Mówiłem im, że u nas taki podział tytułowania nie istniał. Obojętnie kto skąd pochodził mówiło się doń per Panie ten a ten. Mnie Sierotkin spytał: „A ile mieliście ziemi?” Odpowiedziałem: „Miałem ziemię, w groszkach na podokolnikom” (w doniczkach na parapecie). Byłem młody, niedoświadczony i nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji. Na szczęście obeszło się tylko na dość mocnym opeer za niestosowne żarty.
Ale zauważyłem wtedy na biurku Sierotkina coś co dało mi później do myślenia. Leżał tam dokument z „gapą” hitlerowską i napisem Polizei Prasidium Kattowitz. Po wyjściu z doprosu zacząłem szukać Ślązaka, który „podlegał” Sierotkinowi. Znalazł się jeden. Okazało się, że był prezesem Związku Oficerów Rezerwy w Katowicach. Wtedy zdałem sobie sprawę z szatańskości powstałego układu między dwoma naszymi sąsiadami i istniejącej współpracy między służbami specjalnymi tych państw.
Inny przykład udawadniający jak skrupulatnie zbierano o nas wiadomości. Jak Pan wie od początku rosłem wraz z Gdynią. Jest to moje ukochane miasto. Może to moja druga, po konikach, miłość. Mój ojciec miał wielu przyjaciół wśród ludzi morza z czego i ja czerpałem korzyści. Otóż w początkach lat trzydziestych gościł w Gdyni zespół okrętów wojennych ZSRR. Na czele zespołu był krążownik „Marat” pamiętający jeszcze carskie czasy. Ten, okręt można było zwiedzać. Ojciec był zaproszony na okręt, a ja poszedłem z nim. Sierotkin pokazał mi podczas jednego z przesłuchań zdjęcie upamiętniające moje odwiedziny na tym statku! Skomentował krótko: Ty szpion — „Jaki ja szpion przecież miałem wtedy 12 lat”. Dowiedziałem się wtedy, że nawet dwunastolatki u nas szpiegowali. Nie przekonało go chyba nawet moje wyjaśnienie, że Rosjanie sami zapraszali do zwiedzania okrętu. Podejrzana była również moja znajomość rosyjskiego. Trudno mu było zrozumieć, że dziewiętnastolatek może dobrze mówić obcym językiem. Oczywiście nie powiedziałem mu, że zawdzięczam to rodzicom, którzy chcąc abym nie rozumiał pewnych rzeczy mówili ze sobą po rosyjsku. Zwaliłem wszystko na możliwości nauki tego języka w szkole. Tak wiele niewiadomych podejrzeń i moja niekiedy złośliwość rozsierdziło w pewnym momencie Sierotkina i przyłożył mi w twarz lufą swego „mausera”. Wybił mi tym uderzeniem ząb w dolnej szczęce. Przy następnym „doprosie”.przeprosił mnie za ten incydent.
— W obozie znajdowali się także przedstawiciele polskiej arystokracji.
— Tak mieliśmy trzech książąt: Lubomirskiego, Mirskiego i Radziwiłła. Zostali oni zwolnieni z obozu. W ich sprawie interweniowały trzy domy panujące Europy. — Anglicy wyciągnęli Radziwiłła, Rumuni Mirskiego, a Włosi Lubomirskiego. Wiem to z całą pewnością, gdyż w Londynie spotkałem Radziwiłła i dowiedziałem się o tym. Wtedy w Kozielsku widziałem jak wyjeżdżali, a kombrig Bogomołow zapraszał ich
, grzecznie do osobowego auta.
— Jak wyglądało samopoczucie kozielszczan i wasza codzienność?
— Było duże przygnębienie. Wyżsi oficerowie siedzieli razem z nami, to znaczy przydzielono im oddzielne pomieszczenia, ale podczas dnia przebywaliśmy razem. Jakiegoś specjalnego odseparowania nie było. Nawet do łaźni chodzili razem z nami. Tam spotykałem m.in. generała Bohatyrewicza. Było razem z nami kilku oficerów z naszego pułku: emerytowany major Wilhelm Swiatołdycz-Kisiel, kapitan płatnik Hon-sadko, mój Ojciec i ja.
Z wyższych oficerów siedzieli z nami generałowie: Bohatyrewicz, Minkiewicz, Smorawiński, Wołkowicki oraz kontradmirał Czernicki. Było około 100 pułkowników i kilkuset majorów.
Jak wspomniałem panowało ciężkie przygnębienie. Była roznoszona niesamowita ilość plotek, pogłosek co do dalszych naszych losów oraz tego co się dzieje na świecie. Była to tzw. agencja informacyjna „jop” (jeden oficer powiedział). Najwięcej tych wieści rozchodziło się podczas oczekiwania w kolejce na kipiatok. Mieliśmy do dyspozycji dwa krany wystające z dwóch cerkwi z których ledwo kapała gorąca woda. Mogliśmy nią zalewać otrzymaną- „owocową” herbatę. Długo trwało nim nabrało się odpowiednią ilość wody i dzięki temu mogliśmy wiele usłyszeć.
— W obozie była też jedna kobieta. Córka generała Dowbor-Muśnickiego...
— Tak. Por. pilot Lewandowska. Tutaj muszę powiedzieć, że piloci nam imponowali. Trzymali się zawsze razem, tworząc zwartą grupę. Zawsze lśnili czystością. Zresztą trzeba powiedzieć, że podobnie w grupie trzymali się kawalerzyści. Z piechotą już tak nie było, tam oficerski korpus nie znał się tak dobrze jak w tych dwóch rodzajach broni. Trzeba dodać, że w obozie była również grupka marynarzy z flotylli pińskiej. Pamiętam tych lotników i panią Lewandowską. Wszystkim nam swoim zachowaniem i solidarnością imponowali. Widzieliśmy, jak w momencie gdy Pani porucznik udawała się w ustronne miejsce jej koledzy tworzyli dookoła niej szczelny krąg.
— Postawa żołnierza polskiego w niewoli — jak ją może Pan określić?
— Jak w każdym społeczeństwie tak i tutaj, w końcu było nas tysiące, trafiały się rożne jednostki, charaktery i zachowania. Ale w całym przekroju można powiedzieć, że była to postawa pełna godności. Postawa żołnierza-patrioty wiernego obrońcy swojej ojczyzny Gordvfe poiaczyszki.
Trafiła się kilkuosobowa grupka, która napisała list do ambasady niemieckiej, kończąc go hitlerowskim pozdrowieniem: Heli Hitler i „ozdabiając” podpisami. Prosili Niemców o wyciągnięcie ich z obozu. O ile się orientuję byli to Polacy niemieckiego pochodzenia, właściciele majątków ziemskich. O tym liście powiedzieli nam Sowieci. Mieli w tym oczywiście swój cel, komentowali: Takowy waszi oficera. Grupka ta znalazła się w izolacji. Ale próba rozbicia jedności panującej wśród jeńców nie udała się.
— Czy pamięta Pan jakieś wydarzenie związane z obchodami świąt patriotycznych itp.
— Było to oczywiście zakazane. Odbywały się one w ścisłej kilkuosobowej konspiracji. Wiem, że w cerkwiach, jak opowiadano, miały te obchody nieco szerszy charakter. Ja mieszkałem poza cerkwią i nam było trudniej coś takiego organizować. To samo dotyczyło życia religijnego. Pamiętam tylko jedną taką konspiracyjną „zbiórkę” z okazji 11 listopada.
— Jak wyglądała korespondencja z rodzinami?
— Można było wysłać jeden list - kartkę w miesiącu. Każdy z tej możliwości korzystał. Ja pisałem do Matki do Warszawy. Wysłałem m.in. swój portrecik zrobiony ołówkiem przez znajomego gdynianina por. rez. inż. arch. S. Garlińskiego. Karta z tym portrecikiem doszła do matki. Ale ani ja, ani Ojciec nie otrzymaliśmy wiadomości od Matki.
— 28 lutego 1940 roku to dzień Pana dziewiętnastych urodzin... Pozostanie on na zawsze w Pana pamięci...
— Tak. Mam po nich trwałą pamiątkę. Ojciec mój wręczył mi wtedy prezent. Płaskorzeźbę Matki Boskiej Ostrobramskiej wykonaną na kawałku deski obciętej z pryczy. Na tylnej ścianie napisał: Kozielsk 28 II 1940. Wykonał tę płaskorzeźbę własnoręcznie.
— Co Ojciec panu wtedy powiedział?
— Odbyło się to bez słów. Po prostu serdecznie się uściskaliśmy. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem łzy w oczach Ojca. Później zrozumiałem jak wielką symbolikę miało to wydarzenie. I ocalałem. Wraz ze mną, mimo licznych rewizji, ocalała płaskorzeźba. Dzisiaj jest dla mnie wielką relikwią.
— Powszechnie wiadomo, że niedługo przed likwidacją obozu Sowieci przeprowadzili swego rodzaju ankietę. Były tam pytania typu: «Co byś zrobił gdybyś został zwolniony»...
— Była jakaś ankieta, ale grupa, w której ja się znajdowałem, całkowicie ją zignorowała.
— Od 3 kwietnia 1940 roku rozpoczyna się rozładowywanie obozu. Co mówiono o odchodzących transportach?.
— Domysły były najrozmaitsze. Mówiono, że wywożą aby oddać Niemcom, albo wywożą na tereny dawnej Polski. Jakiejś wizji tragedii nie było. Mówiono czasem o trzeciej możliwości — wywóz na wschód. Rzecz ciekawa miało miejsce tuż przed wywozem mojej ostatniej grup. Kazano spalić stosy polanych już naftą papierów, na które składały się listy i kartki od rod/In w Polsce do jeńców obozu w Kozielsku. A więc korespondencja z Polski przychodziła tylko nie była doręczana.
— Pana Ojciec wyjeżdża z przedostatnim transportem 11 maja 1940 roku. Nie chciał Pan, aby was rozdzielano...
— Na apelu 11 maja wyczytano osoby przewidziane do transportu. Wyczytano wtedy: Gorzechowski Gienryk Gienrykowicz. Spytałem wtedy: „Ojciec czy syn?” Przez chwilę panowała cisza, potem usłyszałem: Wsio rawno. Dawaj — otiec. Moje prośby abym mógł jechać z ojcem nie zdały się na nic. Ojciec zdążył powiedzieć: „W razie czego opiekuj się matką”. Tak jak gdyby miał przeczucie. Ja wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że słowa enkawudysty Wsio rawno. Dawaj — otiec oznaczały dla mnie życie, a dla Ojca okrutną śmierć.
— Czy mógłby pan przybliżyć nam sylwetkę swego Ojca ś.p. por. Henryka Go-rzechowskiego, jednego z wielu tysięcy polskich oficerów, którzy swą postawę w obronie Ojczyzny przypłacili życiem. Ta śmierć zadana w okrutny sposób do dziś jest krwawiącą raną na ciele naszego społeczeństwa.
— Bardzo chętnie przedstawię drogę życiową mego Ojca, zwłaszcza że jest to bardzo ciekawy życiorys.
Urodził się w 1892 roku w Warszawie. Tu ukończył gimnazjum realne, następnie szkołę rolniczą w Puławach. Zamierzał zając się hodowlą koni. Niestety armia carska nakazywała służbę w swych szeregach. Ojciec nie palił się do tego i po prostu uciekł. Dość daleko, bo aż na Kaukaz, zresztą śladem wielu swoich poprzedników. Zgłosił się tam do służby w Kaukaskiej Konnej Dywizji Tubylczej. Ta dywizja cieszyła się specjalnymi względami w armii carskiej. Żołnierzom dywizji wolno było nosić mundur i broń na co dzień, nie byli skoszarowani. Dostawali tylko pagony z zaznaczoną szarżą. Mieli własne konie i rzędy końskie. Organizacja dywizji była też odmienna od zwykłego carskiego wojska. Ojca oczywiście władze wojskowe straszyły odpowiednią karą za uchylanie się od nakazywanej przez władze służby wojskowej, ale wybronił się jakoś twierdząc, że jako szlachcic {dworiani) ma prawo wyboru broni i że wybrał właśnie tę dywizję. Najpierw był esaułem, a potem proporszczikiem. Mieszkał wraz z Inguszami w aule i bardzo się z nimi zżył. Zresztą był podobnego jak oni wyglądu. Szybko też nauczył się języka.
Przed 1917 rokiem brał udział w walkach z Austriakami. Był odznaczony orderami św. Jerzego i św. Anny „za odwagę osobistą”. Po rewolucji dywizja została rozbita przez bolszewików. Ojciec próbował się przedostać na tereny polskie. Niestety został schwytany i znalazł się na słynnej Łubiance.
Tam zaszło wydarzenie, które miało zaważyć na jego przyszłości. Otóż jako więzień miał za zadanie piłowanie dzwonów kościelnych zarekwirowanych przez bolszewików z cerkwi i kościołów na cele wojenne. W pewnym momencie zranił się czy uderzył, dość, ze zaklął siarczyście po polsku. Usłyszał to przechodzący właśnie czekista ze szpiczastą bródką. Zatrzymał się i zapytał: „Ty Polak „Polak” — pada odpowiedź. „Nazwisko”. „Gorzechowski”. To wzbudziło ciekawość czekisty. „A masz ty brata” spytał. „Mam dwóch braci” — odpowiedział Ojciec. „A brata Jana masz”. „Mam”. Czy nosił pseudonim „Jur”. „Tak”.
Okazało się, że był to Dzierżyński, który we fragmencie swego życiorysu zetknął się z moim stryjem Janem Jur-Gorzechowskim, legendarnym dowódcą akcji wyprowadzenia dziesięciu więźniów z więzienia na Pawiaku. Potem Jur wybrał orientację niepodległościową w PPS, a jaką wybrał Dzierżyński wiemy.
Na Łubiance zbiegły się też drogi życiowe mego Ojca i mojej matki. Matka-Kaukaska z pochodzenia (matka była Inguszką a ojciec Polakiem) — w owym czasie była artystką śpiewaczką w jednym z teatrów moskiewskich. Matka miała cudowny głos. Mimo swego kalectwa (była sparaliżowana po chorobie Heine Medina i miała bezwładną rękę) występowała nawet jako Madame Buterfly. Była ceniona jako śpiewaczka przez Nadieżdę Krupską. Działała charytatywnie w Komitecie Pomocy Więźniom i dzięki takiemu zaangażowaniu poznała Ojca. Wzięli ślub jeszcze gdy Ojciec był więźniem. Gdy został zwolniony zamieszkali na Arbacie.
Jeszcze parę słów o matce. Była cudowną kobietą. Głęboko zaangażowana we wszystko co łączyło się z Polską. W czasie II wojny była żołnierzem Armii Krajowej, po wojnie profesorem w Łódzkiej Akademii Muzycznej. Przed wojną założycielką Szkoły Muzycznej w Gdyni i profesorem śpiewu solowego w Konserwatorium Polskiej Macierzy Szkolnej w byłym Wolnym Mieście Gdańsku. Była bardzo ceniona w polskim środowisku muzycznym i miała w nim bardzo wielu przyjaciół wśród naszych utytułowanych artystów śpiewaków.
Gdy rodzice wyrazili chęć powrotu do Polski — wstawiennictwo dwojga wyżej wymienionych „patronów” sprawiło, że zostali wymienieni za Karola Radka i jego żonę. Obie pary mijając się na granicy w Małaszewiczach ukłoniły się sobie grzecznie.
Po powrocie Ojciec wstąpił do wojska polskiego i walczył w 1920 roku. Później został oficerem zawodowym najpierw w 4 pułku strzelców konnych, a potem w 16 pułku ułanów noszącym później imię gen. Gustawa Orlicz-Dreszera. W 1930 roku ze względu na stan zdrowia został zwolniony z wojska i przeszedł na emeryturę. Wtedy też przenieśliśmy się z Bydgoszczy do Gdyni. W tym czasie utrzymywaliśmy bliskie kontakty z bratem Ojca Jurem i jego żoną Zofią Nałkowską.
Po wyjściu z wojska Ojciec pracował w firmie eksportującej węgiel Nie zaniedbywał jednak kontaktów z pułkiem, zresztą z wzajemnością. Wrócił jako ochotnik do pułku w końcu lipca lub na początku sierpnia 1939 roku. Dalsze jego losy już opowiadałem. Dla mnie ostatnie pożegnanie z Ojcem w kozielskim obozie nie było rozstaniem na zawsze. Ciągle o niego pytałem i czekałem na jakąś wiadomość. Otrzymałem, niestety tragiczną, dopiero w maju 1943 roku i to z radia niemieckiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz